Skip to content
13/04/2016 / czeresnia

Wobec biologii wszystkie jesteśmy równe

Wobec biologii wszystkie jesteśmy równe.

Być może sprzeciwiasz się dopuszczalności przerywania ciąży w przypadku, gdy urodzone dziecko obarczone byłoby ciężką i nieodwracalną wadą rozwojową. Pewnie myślisz od razu, że chodzi głównie o zespół Downa i że to nie musi być ciężkie upośledzenie. Masz trochę racji, bo jak każdy z nas, osoba z zespołem Downa może mieć szczęśliwe i godne życie. Zobacz:mimo że ustawa dopuszcza taką możliwość, wielu rodzicównie korzysta z tego prawa i ich dzieci żyją otoczone troską i miłością. Ale na pewno widzisz też, że rodziny osób z niepełnosprawnością zostają właściwie zupełnie same, co jest szczególnie trudne w przypadku ciężkiej niepełnosprawności. Zasiłek dla dzieci niepełnosprawnych jest tak mały, że kilka lat temu ich rodzice okupowali kancelarię premiera, żeby doprowadzić do zmian w prawie – jak wielka musiała być ich frustracja i desperacja. Poza rodziną, istnieje bardzo niewiele ośrodków pomocy i opieki dla dzieci i dorosłych z niepełnosprawnością. A przecież to nie jest tak, że dzieci niepełnosprawne rodzą się tylko bogatym, którzy mają dużo wolnego czasu. To może być moje dziecko, to może być Twoje. Czy to jest etyczne, żeby nie pozostawiać rodzicom żadnej możliwości wyboru w sytuacji, w której zostają z ciężko niepełnosprawnym dzieckiem zupełnie sami do końca swojego życia, dzieckiem, które wymaga wielokrotnie więcej uwagi, wsparcia medycznego i zasobów finansowych? Czy to jest uczciwe, że kiedy to nic nie kosztuje, chcieć kontrolować, zmuszać i zakazywać, zasłaniając się wartością życia, a równocześnie nie zamierzać dbać w żaden sposób o to życie, kiedy już się pojawi?

Ale zespół Downa to wcale nie najgorsze, co się może przytrafić. Pomyśl, jak złożony jest Twój organizm. A proces powstawania nowej istoty jest biologicznie tysiąc razy bardziej skomplikowany i z tego powodu wiele rzeczy może pójść nie tak. A więc Twoje dziecko może urodzić się bez pewnych części ciała: może nie mieć palców, ale może nie mieć też wszystkich kończyn. Może być pokryte skórą, która jest nieelastyczna i wciąż pęka, pokrywając ciało głębokimi, krwawymi ranami. Twoje dziecko może nie mieć niektórych organów wewnętrznych. Może nie mieć mózgu. To są wady nieoperowalne, nie do wyleczenia, nigdy. Twoje dziecko będzie istotą, która nigdy nie zyska świadomości, ale mimo to będzie wyć z ogromnego bólu do końca swojego krótkiego życia. A więc masz do wyboru: powołać na świat istotę, która nigdy nie dorośnie, i i tak wkrótce umrze w ogromnym cierpieniu. Albo możesz też zdobyć się na akt łaski i pozwolić swojemu dziecku nie cierpieć.

A teraz pomyśl o sobie. Być może myślisz, że biologia wie, co robi. Ale w rzeczywistości Matka Natura bardzo źle wymyśliła sobie nasze ciąże i porody. Kiedy nie było opieki medycznej, kobiety marły na potęgę właśnie z tego powodu! Poczynając od Twojej komórki rozrodczej, która połączy się z plemnikiem, zagnieździ i zacznie rosnąć – ale aż w 1 przypadku na 1000 może okazać się, że akurat ta komórka była pozbawiona materiału genetycznego, a więc nigdy nie rozwinie się w człowieka, a może przekształcić się nawet w nowotwór. To nie wszystko. Jeśli zapłodnienie się uda, zarodek może zagnieździć się poza macicą – a kiedy embrion będzie rósł, rozerwie jajowód, wywołując krwotok i jeśli będziesz miała pecha, to w ciągu kilku godzin umrzesz, bo na ingerencję lekarską może być za mało czasu. Możesz w trakcie ciąży zachorować na nowotwór, który nieleczony zabije Cię jeszcze zanim zdążysz urodzić. Albo płód w Twojej macicy może zacząć umierać, ale nie umrze do końca, będzie jednak wytwarzał toksyny, przez które możesz dostać sepsy. Twoja ciąża – chciana czy niechciana – może stać się stanem, przez który zwyczajnie umrzesz, nie dając przy tym życia swojemu dziecku. Dlatego tak ważne jest, żeby lekarz – i Ty sama – nie musiał czekać z leczeniem do momentu, w którym Twoje życie będzie bezpośrednio zagrożone, a Ty sama żebyś mogła uratować swoje życie i zdrowie w przypadku, kiedy z Twojej ciąży z powodów biologicznych nigdy nie będzie dziecka.

Teraz pomyśl o swojej decyzji w tym wszystkim: na przykład, że nie chcesz mieć dziecka akurat teraz, albo już masz tyle dzieci, ile chcesz, albo w ogóle nie chcesz mieć dzieci. W Polsce nie wolno Ci jednak podjąć decyzji, że już nie chcesz być płodna, ponieważ podwiązanie jajowodów na życzenie jest prawnie niedozwolone. Musisz cały czas stosować antykoncepcję – ale przecież każda antykoncepcja jest zawodna! Zdarzy się, że zostaniesz z życiem, którego nie chciałaś. Dobrze, możesz w ostateczności wybrać wstrzemięźliwość, mimo że seks jest taką samą potrzebą fizjologiczną jak jedzenie. Ale teraz wyobraź sobie, że ktoś podejmuje za Ciebie decyzję o współżyciu i wbrew Twojej woli używa Twojego ciała jak worka na swoją spermę. Dla niego nie byłaś nigdy człowiekiem, tylko przedmiotem. Teraz nie dość, że to Ty zostałaś zgwałcona, to jeszcze będziesz ponosić wszystkie tego konsekwencje – a więc nie dość, że ktoś siłą zmusił Cię do seksu (a otoczenie daje Ci zerowe wsparcie, uważając, że chciałaś być ofiarą!), to jeszcze siłą Twoje państwo zmusza Cię do czegoś, co jest dożywotnim zobowiązaniem, nieodwracalną zmianą życia i ryzykiem zdrowotnym, które może na zawsze zniszczyć Twoje ciało. Nie chciałaś żadnej z tych rzeczy, a teraz nie masz nic do powiedzenia. Za to osoba, która podjęła wybór za Ciebie, nie poniesie żadnej jego konsekwencji. Czy to jest uczciwe, że Twoje decyzje mają nic nie znaczyć i byle śmieć poprzez gwałt ma mieć władzę nad najważniejszym wyborem w Twoim życiu?

A teraz przypomnij sobie, kiedy dostałaś pierwszą miesiączkę. Jak wyglądało wtedy Twoje życie: czym się interesowałaś, co było ważne, o czym rozmawiałaś z koleżankami; naklejki, tornistry, fryzury, ubrania, filmy, problemy. Jak wyglądało Twoje ciało, i jak bardzo niedorosłe jeszcze było. Teraz wyobraź sobie, że po Twojej pierwszej miesiączce przydarza Ci się coś strasznego i zachodzisz w ciążę.

STOP DLA ZAKAZU ABORCJI. TAK DLA WYBORU KOBIET.

03/04/2013 / czeresnia

Pierś ludzka jako alegoria raju

Marku S. Huberacie, oddaj mi moje dwa dni. Spodziewałam się powieści, która – jak to zwykle u MSH – będzie wykrawała kawałki duszy skalpelem, a dostałam ponad 600 stron męki i nudy. Niewykluczone, że nie jestem targetem autora i nie potrafię odczytać jasno sygnałów, jakie MSH zaszył w nawiązaniach do przedstawień sądu ostatecznego i zaświatów jako takich (choć i tak nie jestem na aż tak straconej pozycji, bo w przedwiecznych czasach jednak cośtam z historii sztuki liznęłam, choć nie tak wiele i nie tak niedawno, żeby cokolwiek kompetentnie na ten temat teraz powiedzieć) – w każdym razie jeśli nie kryje się gdzieś tam jakieś podskórne przesłanie i druga, równoległa historia, to staję wobec „Portalu zdobionego posągami” bezradna, z jedyną sensowną hipotezą interpretacji (bo wierzyć mi się nie chce, że męki czytelnicze są zamierzone i mają dać odczuć piekło na własnej skórze), mianowicie – jest to pean na cześć ludzkiego cyca. Otóż pierś kobieca jest tu odpowiednikiem picia kawy u Stefana Dardy. Duże biusty mają tu wszystkie istotne dla fabuły kobiety, wokół piersi koncentruje się wątek anielicy Danili, która staje się prowodyrką wszystkich działań głównego bohatera od momentu, w którym ją poznaje, a także powracający wątek męczeństwa świętej Krystyny (wyobraźcie sobie powieść, w której bohater błąka się uwięziony w dziwacznym ośrodku, usiłuje odkryć zapomnianą przeszłość swoją i współtowarzyszy, a potem jego wędrówkę po zaświatach i w końcu widzimy, jak facet ogląda scenę męczeństwa świętej Krystyny, którą nagą i piękną (z wielkim biustem) przeszywają strzały żołdaków – w roli świętej sobowtórka jego ukochanej – strzały przeszywają jej piersi jedna za drugą (strzały i piersi) i w końcu zstępuje na nią blask, i męczennica wygłasza płomienną mowę o tym, że będzie patronką wszystkich kobiet chorych na raka piersi – jeśli do tego momentu jeszcze nie nastąpił facepalm, to proszę teraz, wespół w zespół <plask>), więcej, wypięcie nagiego biustu jest zwyczajowym sposobem, w jaki witają się faunessy (samice satyrów), a do tego bohaterki książki zachwycają się biustami koleżanek w sposób trącący nieco klimatem pornuszków – ale to jeszcze nic, ponieważ w powieści występuje również kraina złotych szkieletów (w ogóle, prawda, złotych szkieletów), i nawet napotkana złota szkielecica również ma piękny, wielki, złoty biust, którego opisowi zostaje poświęconych ładnych parę akapitów. O, Upadła Madonno z Wielkim Cycem, ty widzisz i nie grzmisz!

grzmot!

Poza tym książka jest niestety zwyczajnie nudna (nawet te cycki są jakieś monotonne). Niby mamy do czynienia z jakąś tajemnicą, ale jej rozwiązywaniu kompletnie nie towarzyszy żadne napięcie. Bohater po prostu bierze i rozwiązuje, albo rozwiązanie wręcz mu się przydarza. Powieść jest przegadana i letnia, brak jest tak charakterystycznych dla Huberatha napięć na linii duch-materia i ludzkich dramatów. Czasem przydarzają się bohaterom rozmowy, które sugerują, że autor być może chciał wprowadzić do powieści lekkie elementy komiczne (!) (jednak nie uśmiechnęłam się ani razu, chyba że przy facepalmie, a wtf ścieliło się gęsto). Mam wrażenie, że po wciągającym antropologizującym „Vatran Auraio” Huberath chciał napisać tym razem powieść poetycką i zamiast skalpela chwycił pędzel. Jednak w mojej ocenie eksperyment się nie udał; raz że nuda (blurb z tyłu okładki zdradza ok. 300 stron powieści), dwa, że widać szwy – pierwsza część powieści przywodzi na myśl klimaty Zajdla i czuć w niej ścisły umysł autora, druga, bardziej magiczno-fantastyczna, to słodko-gorzka podróż przez dziwne i nieznane, z której jednak nie wynika wiele. Ciekawa jestem opinii kogoś, kto potrafiłby odnaleźć potencjalne drugie dno, ukryte w warstwie dotyczącej malarstwa (albo choćby kogoś, kto w miarę niedawno czytał Dantego). Być może „Portal…” zyskuje, potraktowany jako intelektualna przygoda, dialog z dawnymi mistrzami. Jako powieść jednak zupełnie się nie broni. Umęczyłam się strasznie.

skeleton_boobies

06/03/2012 / czeresnia

Mężczyźni są jak świnki morskie

To działa tak: najpierw chrzanisz stereotypy, patrzysz na to, co cię kręci i wybierasz to jako swoją ścieżkę. Może masz pomysł na siebie, może wyobrażasz sobie siebie pełniącą Ważne Role i dokonującą Istotnych Rzeczy. Wtedy jeszcze nie masz płci, bo przecież jak myślisz o sobie, to wiesz, kim jesteś: to lubisz, tamto niekoniecznie, na myśl o tym bije ci szybciej serce, a samo wspomnienie o tamtym robi cię senną. No to do dzieła, masz w sobie ikry na tyle, że myślisz: skoro mnie to pasjonuje, to będę to robić!
Kiedy słyszysz pierwszy raz, że się do tego nie nadajesz, bo jesteś DZIEWCZYNĄ, nie do końca zdajesz sobie sprawę, co to oznacza, ale fakt, jesteś dziewczyną, więc myślisz: jak to, JA się do tego nie nadaję? Przecież nadaję się właśnie doskonale! Wtedy jeszcze nie wiesz, że jesteś wpychana w sytuację, z której nie ma dobrego wyjścia. Może ktoś ci powiedział: przekonaj mnie, że jest inaczej. Może ty sama czujesz się odpowiedzialna za to, żeby tego kogoś wyprowadzić z błędu, myślisz, że w twoich rękach jest obraz ciebie, jaki mają inni ludzie. A może robisz to zupełnie intuicyjnie, bez świadomego planu i motywacji. Wciąż jeszcze wierzysz we własne siły, więc zaczynasz Udowadniać.
Ale to oznacza, że grasz już w inną grę niż do tej pory: nie rozwijasz siebie, a próbujesz pokazać, że nie jesteś gorsza niż obraz ciebie, jaki w swojej głowie ma ktoś inny. To gra, w którą nie można wygrać, choć wtedy jeszcze tego nie wiesz. Gra polega na tym, że nie możesz popełnić żadnego błędu. A stawka jest wysoka, bo grasz nie tylko o to, żeby inna osoba uznała twoje zdolności. Zaczynasz grać także ze samą sobą, a więc nawet jedna porażka staje się zbyt kosztowna i nie można sobie na nią pozwolić.
Z chwilą, kiedy dochodzisz do tego wniosku, jesteś zgubiona. Uczenie się polega na ciągłym popełnianiu błędów, na próbowaniu różnych taktyk, na wypracowywaniu tych, które są skuteczne i odrzucaniu tych, które nie doprowadziły do zrealizowania celu. Ty błędu popełnić nie możesz, więc kiedy nie wiesz, nie odzywasz się – ale i nie jesteś poprawiona. Nie podejmujesz się zadania, jeśli nie masz pewności, jak je wykonać – ale i nikt nie pokaże ci lepszego czy już działającego rozwiązania. Podejmujesz wyzwanie dopiero wtedy, kiedy wiesz, jak je rozwiązać – a więc czujesz, że musisz mieć gotową strategię jeszcze przed deklaracją: wchodzę w to.
I mimo że jesteś dobra, że widzisz, że przecież twoi koledzy się mylą, brakuje im wiedzy, popełniają błędy, a nikt ich za to nie potępia, ty ciągle słyszysz to samo: że przecież się nie nadajesz. Bo urodziłaś się z cechą, która cię dyskwalifikuje. Czujesz się ciągle oceniana, ciągle Udowadniasz, a więc jesteś cały czas spięta, stale kontrolująca siebie. Zanim coś powiesz, sama decydujesz, czy ma to sens i jak by to odebrali słuchacze. A ponieważ samokontrola i poczucie ciągłej rywalizacji zabierają energię, którą w innym wypadku mogłabyś spożytkować na swobodne rozwijanie się, w pewnym momencie faktycznie zaczynasz się mylić.
Moment ten przychodzi wtedy, kiedy Udowadniałaś już tak długo i słyszałaś tezę, przeciw której walczysz, tak często, że sama zaczynasz się zastanawiać, że może coś w tym jednak jest. I wtedy milczysz nie dlatego, że nie możesz sobie pozwolić na błąd. Nie odzywasz się, bo zakładasz, że to, co pomyślałaś, to i tak na pewno źle. Wtedy masz już płeć: okazuje się, że myślisz o sobie na pierwszym miejscu w kategoriach „bycia dziewczyną”, a nie zainteresowań czy osobowości. Ale jest to płeć, w którą ktoś cię wepchnął i która nie ma wiele wspólnego z tym, jak siebie postrzegałaś jeszcze nie tak dawno.
Czasami, kiedy przypominasz sobie dawną siebie, zastanawiasz się, kiedy popełniłaś pierwszy błąd.